CHŁOPAK Z SUWAŁK W WARSZAWSKIEJ AGENCJI REKLAMOWEJ

Na Warszawę, korporacje i ludzi w garniturach można narzekać. Można też ich kochać. Albo można na im się przyglądać. W gumiakach na nogach.

Wpis

poniedziałek, 14 listopada 2011

ANARCHIŚCI, KIBOLE, TOM FORD i 4S

11 listopada postanowiłem pójść na spacer. Nie często chodzę na spacery, więc cieszyłem się że ho ho.

Godzinny dojazd z Tarchomina trochę mnie zmęczył, ale gdy wysiadłem, piękna pogoda przypomniała mi o moich pięknych planach.

Spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Zawsze Krakowskie myli mi się z Nowym Światem. Zawsze. Tym razem również. Nie zdziwiłem się więc, gdy zobaczyłem duże logo Sturbucksa, w którym jeszcze nigdy nie byłem, bo mnie nie stać. Zrobiłem krok do przodu i stanąłem twarzą w twarz z dziesiątkami inteligentnych twarzy w okularach. Twarzy studentów, informatyków, przyszłych prawników, bankierów i wykładowców etyki. Popatrzyli na mnie z ogromnym zdziwieniem. Nie wiem czy dlatego, że nigdy nie byłem w Starbucksie (oni chodzą tam codziennie), czy może dlatego, że od wczoraj mam bardzo krótkie włosy. Popatrzyli więc na moje włosy, na moje stare Martensy i już wiedzieli, kim jestem. Podeszła do mnie dziewczyna. (Miałem wrażenie że ją znam, że już ją widziałem w telewizji jak szła na barykady w Londynie, żeby zamanifestować niezadowolenie z wysokości zasiłku dla bezrobotnych, za które nie da się kupić nowej plazmy Sony albo choćby LG. Ale mogło mi się tylko wydawać.) Poczułem od niej piękny zapach perfum Toma Forda (chyba Jasmin Rouge) i mówiąc coś po niemiecku plunęła. Chciała plunąć mi w twarz, ale chark wylądował na mojej kurtce. Oczywiście powiedziałem „spierdalaj”, ale „j” ugrzęzło mi między zębami, a piąchą, która spadła mi na szczękę. Obok Niemki stał Niemiec. 195 cm wzrostu. Pięść wielka jak moje udo. „Oj, tu biją...” – pomyślałem i uciekłem, gdzie pieprz rośnie.

Skracając moje spacerowanie między Marszałkowską, Jerozolimskimi a Kruczą: pół godziny później wylądowałem na Placu Konstytucji. Zrobiło się chłodno, więc założyłem czarną czapkę, którą w tamtym roku uszyła mi babcia. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem kilku innych gości w podobnych czapkach. Niektórzy z nich mieli kominiarki. Uciekali. Ja stałem i patrzyłem, aż nagle ktoś rzucił metalowym koszem na śmieci w moim kierunku. Dostałem w plecy. Gdy obejrzałem się, zobaczyłem chłopaka w szarej kurtce. Miał biało-czerwoną opaskę na ramieniu i szalik Legii na szyi. To był mój sąsiad. „Ty, ty... ty sąsiedzie jeden” – pomyślałem sobie. Chłopak chyba też mnie poznał, bo odwrócił się i pobiegł tam, gdzie czuł się najbezpieczniej – pomiędzy setki kolegów.

Wieczorem usłyszałem w TV jak jakiś dziennikarz w okularach mówił “Dla mnie obie strony mogłyby się pozabijać. Ale to jest optymistyczną wersja”.

Już to widzę: Niemka zabija kibola Legii zapryskując go perfumami Toma Forda na śmierć... A on? On umiera, ale w ostatniej chwili wali ją po głowie wyrwanym z jej kieszeni iPhonem 4s. Ona dostaje wstrząsu mózgu i oddaje ducha w karetce pędzącej do szpitala. Pan dziennikarz ma rację to byłby Happy End. Choć nie, przecież to ja płacę za tą karetkę.


reklama, young creative, agencja reklamowa, copywriter, Warszawa, Suwałki,

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
young_creative
Czas publikacji:
poniedziałek, 14 listopada 2011 13:22

Polecane wpisy