CHŁOPAK Z SUWAŁK W WARSZAWSKIEJ AGENCJI REKLAMOWEJ

Na Warszawę, korporacje i ludzi w garniturach można narzekać. Można też ich kochać. Albo można na im się przyglądać. W gumiakach na nogach.

Wpisy

  • wtorek, 20 marca 2012
  • poniedziałek, 20 lutego 2012
    • ZNAJDŹ RÓŻNICĘ MIĘDZY SIOUXEM A PACZEM. MIĘDZY ART DIRECTOREM A COPYWRITEREM.

      W każdy prawie piątek idąc do biura, kupuję kawę na wynos. Robię to raz w tygodniu, bo drogo, a piątek akurat jest idealnym dniem, żeby powoli, ostentacyjnie przejść obok naszej nowej recepcjonistki, która wyraźnie urodą grzeszy. Chcę pokazać, że jestem fajny i bardzo newyorkish.

      I taka jest większość copywriterów, których póki co poznałem. Gadają, czarują, rzucają komplementy i chcą być lubiani.

      Wszedłem do biura. Winda. Kibel. Odpaliłem kompa. Znowu kibel. Kuchnia. Tam siedział mój art dir. Nie powiedział nic dziwnego, ani nie zrobił dziwnego gestu, ale w jego oczach zobaczyłem coś, co siedzi głęboko w oczach każdego arta.

      Art directorzy są jacyś tacy autystyczni. Ograniczony kontakt ze światem plus poczucie, że rynek sztuki strasznie ich skrzywdził. Ten wątek zresztą przewija się też w źrenicach większości copy. Ich wierszy też nikt nie rozumie poza mamą. I tylko mamą.

      I tak zrobiłem sobie krótką listę głównych cech dobrego art dir i dobrego copy:

      ART DIR

      Autystyczny (czego tu; nie da się; nie zdążę; nie; spierdalaj)

      Zakochany w zdjęciu na swoim desktopie (to światło; ten blik; ten kontrast; ten monochrom)

      Zagubiony we wszystkim, co ma w sobie więcej niż dwie cyfry (podatki; autobusy; urodziny żony; terminy)

      Śmierdzi kaszanką

      Ma zawsze trampki-nówki

       

      COPY

      Czaruś (woooow; pięknie; uroczo; uśmiechnij się...; spróbuję, ale nie obiecuję)

      Wie wszystko (nie widziałeś?!; nie czytałeś?!; bzdura; też kiedyś tam byłem. Intelektualnie tam byłem; nie czuję tego; Copolla to mężczyzna ty debilko)

      Śmierdzi alkoholem

      Ma dziurawe skarpety

       

      I na zakończenie, żeby nie bylo, że nie mówiłem: mam w dupie uogólnienia i podsumowania. Powyższe spostrzeżenia są moje, osobiste i nie mają pretensji do bycia prawdziwymi tu i tam. Mówię tylko o tych których poznałem. I myślę, że powyższe przemyślenia dotyczą jedynie facetow. Kobiety copy, kobiety art dir to zupełnie inne gatunki. I dzięki Bogu.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ZNAJDŹ RÓŻNICĘ MIĘDZY SIOUXEM A PACZEM. MIĘDZY ART DIRECTOREM A COPYWRITEREM. ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lutego 2012 12:51
  • poniedziałek, 30 stycznia 2012
    • KTO NIE PALI, TEN NIE WIE

      Ktoś kiedyś mi to powiedział (znaczy to, co stoi w tytule) i szczerze myślałem, że chodzi o to, co stoi w reklamie społecznej załączonej poniżej. Ale życie weryfikuje takie naiwne myślenie i w związku z tym odkryłem głębie hasła KTO NIE PALI, TEN NIE WIE.

      Ostatnio wziąłem urlop. Wróciłem i zauważylem, że poziom palenia w mojej firmie znacząco wzrósł. Co więcej, kilka osób zaczęło wychodzić “na dół”, choć z paleniem nie mają nic wspólnego: nie potrafią fajki trzymać, żałują kilku złociszy albo po prostu uważają palenie za niehigieniczne i – zgodnie z reklamami – zabójcze. A ja siedziałem w pokoiku sam, zastanawiając się, czy przypadkiem nie omija mnie coś ważnego.

      Hmmm…

      Oczywiście omijało mnie i to łukiem szerokim, jak rozstaw ramion Jezusa z Rio. Ale zanim się o tym dowiedziałem, minęło kilka dni, ton fajek i dowcipów, które opatrznie interpretowałem. A przecież działa się sprawa do przewidzenia, sprawa, która zdarza się w każdym kulawym organizmie, sprawa, która ma przynieść więcej mleka, bez podwyższania ilości krów: działa się wymiana na wysokim stanowisku dyrektorskim!

      Hmmmm…

      Dowiedziałem się o tym przypadkiem, gdy wkurzony nierozumieniem dziejących się dookoła mnie uśmieszków i półsłowek, zapytałem kolegę wprost: Co się dzieje? A on, jak w słynnym dowcipie o synu rosyjskiego arystokraty, który nie mówił, aż pewnego dnia przy stole rzucił glośno „Gdzie kompot?”, a na pytanie zaskoczonego ojca „Dlaczego tyle lat się nie odzywałeś?”, powiedział spokojnie „Bo kompot zawsze był...”, a więc zgodnie z duchem tego dowcipu mój art dir (półdebil oczywiście, jak większość art dir, no może przesadzilem, jak część, bo część z nich to mądrzy i porządni ludzie, ale kolejna część niestety to stuprocentowi debile) odpowiedział:

            Nasz szef odchodzi, za miesiąc ma być nowy.

            Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś?

            Bo nie pytałeś.

       

      Dlatego postanowiłem od dzisiaj palić. Zacznę od Radomskich, a jak spotkam jakiegoś Franza, to może przerzucę się na Camele.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2012 10:01
  • wtorek, 24 stycznia 2012
    • REWOLUCJA

      Dwa tygodnie temu byłem na weselu w Ełku. Piękne miasteczko, piękne wesele, pan młody też był piękny, a panna młoda taka sobie. Po około 2 godzinach delektowania się podawanymi co 15 minut kolejnym dniami na ciepło zostałem przymuszony do wypicia kieliszka z każdym z Wujków. Ósmym z kolei wujkiem był wujek Grzegorz, którego niestety, przyznaję szczerze, naprawdę niestety spotykam za rzadko. Wuj Grzegorz poskarżył się na nerki, na pęknięty ząb oraz biodro które pobolewa od kilku lat. Następnie przeszedł na politykę, czyli nazwał Palikota kurwą, Tuska debilem, a Leszka Millera czerwoną świnią. W końcu przyszedł do najbardziej bolącego go tematu:

      -        Wiesz co, chciałem zrobić rewolucję w swojej oborze, ale cholera jasna nie wyszło.

      Oczywiście zapytałem, dlaczego. Zignorował moje pytanie, po prostu mówił dalej:

      -        6 lat temu doszedłem do wniosku, że niby mam w oborze dobre krowy mleczne, niby mam dobrego byka rozpłodowego, dobre dojarki bańkowe, dużą oborę... ale mleka dużo to ja nie produkuję. Sąsiad poradził mi zainwestować w porządnego byka. „Kup rasowego rozpłodowca, niech wyprodukuje ci jałówki, mleko samo przyjdzie”, powiedział. I tak zrobiłem. A potem czekałem. Rok i drugi i trzeci. I wiesz, co?

      -        Nie wiem.

      -        Gówno.

      Nie do końca wiedziałem, do czego owo gówno się odnosi, ale wujek polał i podał śledzia w cebulce i oliwie. Wypiliśmy, zagryźliśmy, ja pomachałem głową, jakbym rozumiał głębię problemu.

      -        Źle zrobiłem. Rewolucji w oborze nie zrobi sam byk rozpłodowy. Jego jaja to za mało, żeby było więcej mleka.

      -        To co trzeba zrobić?

      -        Żeby co?

      -        Żeby produkować więcej mleka?

      Wuj spojrzał na mniej, jakbym zapytał, czy Bóg istnieje.

      -        Właśnie.

      Znowu zrobiłem minę, jakbym rozumiał, o co mu chodzi.

      -        Po pierwsze musisz się zastanowić, czy krowy mogą dawać więcej mleka. Bo jeśli nie mogą, to musisz po prostu kupić więcej krów. Ale to za mało. Musisz mieć większe bańki, przepustowe dojarki, większą oborę, maszyny do wywozu obornika, komputer do podawania paszy i wody. Możesz też spróbować zaoszczędzić na stanowiskach dla krów, czyli zrobić oborę alkierzową. Tylko że jeśli to wszystko zbudujesz, to to to... wszystko więcej kosztuje. Bańki są droższe, komputery się psują, większą oborę trzeba więcej czyścić. I tu jest kolejny błąd. Bo może musisz zadać sobie fundamentalne pytanie...

      -        Jakie?

      Wujek popatrzył w dal. Odwróciłem się, żeby zobaczyć, gdzie tak patrzy i okazało się, że zerka na starszego, który szykował się do zdjęcia koszuli. Ale to było złudzenie. Wujek nie patrzył na tanią sensację, tylko gdzieś daleko poza nią, gdzieś, w kierunku, w którym prowadziło go podstawowe filozoficzne pytanie, które chciał za chwilę zadać:

      -        Po chuj ci więcej mleka?

      Wujek wstał i ze łzami w oczach podszedł do okna. Zjadłem kolejnego śledzia.


       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 stycznia 2012 09:38
  • niedziela, 01 stycznia 2012
    • PRAWDA W SYLWESTRA BOLI PODWÓJNIE

      Bawiliśmy się oczywiście szampańsko. Brakowało mi tylko szerokiego uśmiechu pana Kraśko, który na szczęście odnalazł się następnego wieczora w głownym wydaniu TVP. Jest kilka stałych elementów w świecie – globalne ocieplenie, wysokie podatki i uśmiech Kraśko. Gdy jednego z nich zabraknie, świat się skończy.

      Sylwester z rodziną to nie jest najlepszy pomysł. Mam 3 siostry. Gdy doszło do składania życzeń, wszystkie trzy odniosły się do pewnego wydarzenia w moim życiu, które cała rodzina ocenia negatywnie. A dla mnie jest to bardzo pozytywne wydarzenie. Dlatego tuż po północy opierdoliłem trzy siostry równo, żadnej nie oszczędziłem. Dwie z nich się popłakały, mama na mnie nawrzeszczała, ojciec się obraził, znajomi w drugim pokoju wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Dodatkowo sytuację komplikuje fakt, że 1 stycznia mam urodziny. Czyli rano wszyscy znowu składali mi życzenia. Tym razem nikt się nie odniósł do “tamtej”, ale wszyscy wspominali o „tej” sytuacji.

      Wyszedłem na zewnątrz, żeby zapalić, choć nie palę od miesiąca. Ale wyobraziłem sobie, że driver (z filmu Drive) by wyszedł, więc ja też wyszedłem. Po chwili na drodze usłyszałem bzykanie chińskiego skutera. To szwagier nadjeżdżał. Był dosyć elegancki, w sensie językowym, bo zapytał:

      -       Chcesz w mordę?

      Powiedziałem, że:

      -       Chcę.

      A co miałem odpowiedzieć na tak postawione pytanie? Walną błyskawicznie. Trafił piąchą (piącha jak cegła – szwagier mimo studiów króluje na budowach) w łuk brwiowy. Jego musiało zaboleć tak samo mocno jak mnie. Chyba dlatego tak szybko odjechał.

      Po chwili wróciłem do domu. Łuk mnie bolał, ale poza lekkim zaczerwienieniem (które mogło wystąpić również po wypiciu 0,7 wódki absolwent niewiadomego pochodzenia) śladu nie było. Dziś miałem telefon od mamy. Podobno nie dość, że siostrom zwymyślałem, to jeszcze gdy szwagier starał się wyjaśnić sytuację, połamałem mu dwa palce. Echhh... 


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 stycznia 2012 21:10
  • wtorek, 13 grudnia 2011
  • środa, 30 listopada 2011
    • TI TI TI TA TA TA

      Zawsze lubiłem pyskówki. Szczególnie te bezsensowne. Całą szkołę średnią na tym przejechałem. Po 5 minutach plucia inwektywami w twarz wszyscy byli na granicy dania sobie w mordę, ale wciąż to nas bawiło.

      Dziś o 9 mieliśmy internal. Oczywiście o 9.00. było dwóch accountów i tylko jedna osoba z kreacji. Accounci wkurzyli się i poszli po kawę. W między czasie przyszło kilku kreatywnych. Ktoś spontanicznie powiedział pół pomysłu, ktoś zaśmiał się półgębkiem... Czułem, że to będzie fajny poranek, że coś ciekawego się wydarzy. Jednak wzmożona o poranku perystaltyka jelit kazała mi czem prędzej zasiąść na kiblu.

      Siedziałem kilka minut. Wystarczająco długo, żeby sprawdzić prognozę pogody (na komórce) i przeczytać o niepoczytalności Brevika (przez komórkę). Resztę czasu spędziłem na wyobrażaniu sobie, co mnie omija, co teraz dzieje się w sali konf. Ciosy w nosy, z kolanka, z łokcia, flekowanie, zgniatanie obcasem jaj, plucie w twarz. Eeeeech... westchnąłem głośno, aż ktoś przy pisuarze się zaśmiał. Eeeeech – powtórzyłem wiedząc, że ci młodzi ludzie dadzą się pozabijać za swoje wspaniałe idee.

      Minutę później wróciłem na salę konferencyjną. Było skrajnie miło. Cisza spokój. Uśmiechy. Grzeczności. Eeeeech... to pedały – pomyślałem.

      Żeby posłuchać prawdziwego obrażania, muszę wrócić na Tarchomin i zarysować kluczem komuś maskę. Albo – co gorsza – zastawić miejsce parkingowe. Tam to jest życie. Nie to co w reklamie: ti ti ti, ta ta ta.

      Ciekawe, czy Chuck Porter obraża słabe pomysły. Nie wygląda na pedała, więc chyba tak.



       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      środa, 30 listopada 2011 11:14
  • poniedziałek, 14 listopada 2011
    • ANARCHIŚCI, KIBOLE, TOM FORD i 4S

      11 listopada postanowiłem pójść na spacer. Nie często chodzę na spacery, więc cieszyłem się że ho ho.

      Godzinny dojazd z Tarchomina trochę mnie zmęczył, ale gdy wysiadłem, piękna pogoda przypomniała mi o moich pięknych planach.

      Spokojnym krokiem ruszyłem w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Zawsze Krakowskie myli mi się z Nowym Światem. Zawsze. Tym razem również. Nie zdziwiłem się więc, gdy zobaczyłem duże logo Sturbucksa, w którym jeszcze nigdy nie byłem, bo mnie nie stać. Zrobiłem krok do przodu i stanąłem twarzą w twarz z dziesiątkami inteligentnych twarzy w okularach. Twarzy studentów, informatyków, przyszłych prawników, bankierów i wykładowców etyki. Popatrzyli na mnie z ogromnym zdziwieniem. Nie wiem czy dlatego, że nigdy nie byłem w Starbucksie (oni chodzą tam codziennie), czy może dlatego, że od wczoraj mam bardzo krótkie włosy. Popatrzyli więc na moje włosy, na moje stare Martensy i już wiedzieli, kim jestem. Podeszła do mnie dziewczyna. (Miałem wrażenie że ją znam, że już ją widziałem w telewizji jak szła na barykady w Londynie, żeby zamanifestować niezadowolenie z wysokości zasiłku dla bezrobotnych, za które nie da się kupić nowej plazmy Sony albo choćby LG. Ale mogło mi się tylko wydawać.) Poczułem od niej piękny zapach perfum Toma Forda (chyba Jasmin Rouge) i mówiąc coś po niemiecku plunęła. Chciała plunąć mi w twarz, ale chark wylądował na mojej kurtce. Oczywiście powiedziałem „spierdalaj”, ale „j” ugrzęzło mi między zębami, a piąchą, która spadła mi na szczękę. Obok Niemki stał Niemiec. 195 cm wzrostu. Pięść wielka jak moje udo. „Oj, tu biją...” – pomyślałem i uciekłem, gdzie pieprz rośnie.

      Skracając moje spacerowanie między Marszałkowską, Jerozolimskimi a Kruczą: pół godziny później wylądowałem na Placu Konstytucji. Zrobiło się chłodno, więc założyłem czarną czapkę, którą w tamtym roku uszyła mi babcia. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem kilku innych gości w podobnych czapkach. Niektórzy z nich mieli kominiarki. Uciekali. Ja stałem i patrzyłem, aż nagle ktoś rzucił metalowym koszem na śmieci w moim kierunku. Dostałem w plecy. Gdy obejrzałem się, zobaczyłem chłopaka w szarej kurtce. Miał biało-czerwoną opaskę na ramieniu i szalik Legii na szyi. To był mój sąsiad. „Ty, ty... ty sąsiedzie jeden” – pomyślałem sobie. Chłopak chyba też mnie poznał, bo odwrócił się i pobiegł tam, gdzie czuł się najbezpieczniej – pomiędzy setki kolegów.

      Wieczorem usłyszałem w TV jak jakiś dziennikarz w okularach mówił “Dla mnie obie strony mogłyby się pozabijać. Ale to jest optymistyczną wersja”.

      Już to widzę: Niemka zabija kibola Legii zapryskując go perfumami Toma Forda na śmierć... A on? On umiera, ale w ostatniej chwili wali ją po głowie wyrwanym z jej kieszeni iPhonem 4s. Ona dostaje wstrząsu mózgu i oddaje ducha w karetce pędzącej do szpitala. Pan dziennikarz ma rację to byłby Happy End. Choć nie, przecież to ja płacę za tą karetkę.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 listopada 2011 13:22
  • wtorek, 08 listopada 2011
    • DYREKTOR KREATYWNY NA URLOPIE, CZYLI DIAGNOZA ŁADY W WARSZTACIE.

      Pan szanowny Creative Director wyjechał i jakoś tak nagle i niespodziewanie okazało się, że agencja zaczęła chodzić ja zegarek szwajcarski. Wszyscy wychodzą przed 18, pomysły są fajniejsze niż zwykle, ludzie zaczęli wystawiać nosy na korytarz. Wczoraj nawet dwie osoby usiadły na podłodze i zaczęły rozmawiać. Tak, tak, na podłodze.

      I tak zauważywszy stymulujące działanie braku dyrektora, przypomniała mi się historia wujka z Ełku, który któregoś razu nie mógł ruszyć samochodem. Silnik palił, ale coś nie mógł ruszyć, jakby się wał zablokował, czy co. Oczywiście niedziałający samochód to problem który rozumieją wszyscy, więc kilku chłopków skrzyknęło się i mimo dziwnego pisku dopchali samochód do warsztatu. Ale nie żeby zajęło im to 10 minut. 6 facetów pchało Ładę przez ponad 3 godziny. Pchali z prędkością 1km na godzinę. Na miejscu wujek postawił wszystkim Żubra – a co, po ciężkiej pracy każdy mężczyzna zasługuje na nagrodę! Fachman wyszedł po 3 minutach i powiedział:

      - Ręczny mieliście zaciągnięty.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 listopada 2011 21:19
  • poniedziałek, 24 października 2011
    • KOCHAM OCHRONIARZY. I UMIEM TO OKAZAĆ.

      W ostatni czwartek popełniłem poważny błąd: postanowiłem zjeść kebaba z budki mi i moim znajomym zupełnie nieznanej. Byłem strasznie głodny, byłem też umówiony na picie, a że rodzice nauczyli mnie stosować alkohol jedynie na pełny żołądek, skusiłem się na kebaba w podziemiach dworca centralnego. Dosyć szybko zorientowałem się, że popełniłem błąd. Mięso nie było dosmażone i jakoś tak smakowało jak kolor zielony. Ale cóż, byłem głodny, za chwilę miałem wypić litr wódki, więc zjadłem do samego papierka.


      Znajomi od wódki mieszkają po stronie praskiej, więc przeprawa była długa. Jadąc tramwajem sprawdziłem możliwości internetowe swojego nowego, ale taniego smartphonea. Poszło słabo. Potem dzięki panu Vardze i skrajnie stronniczej Gazecie Wyborczej dowiedziałem się, że wychodzi nowa książka Houellebecqa. Ucieszyłem się do tego stopnia, że z tramwaju wysiadłem uśmiechnięty. A to u mnie rzadkość. (To jeden z powodów, z których rzuciła mnie Gośka)

      A więc szczęśliwy ruszyłem w stronę osiedla moich znajomych. Nie będę ukrywał, że osiedle ma niewiele wspólnego z Warszawą, bo to Ząbki, a wręcz okolica ulicy Wyspowej. Osiedle – zgodnie z warszawską modą – otoczone jest wysokim płotem. W płocie jest brama chroniona przez dwóch mężczyzn, prawdopodobnie chowanych na piersiach kurczaka, bananach i jakimś innym GMO. Chciałem wejść, ale się nie dało. Panowie powiedzieli, że muszę podać „dane” (po angielsku „data”). Podałem swoje imię i nazwisko, imię i nazwisko znajomych oraz 17 – czyli numer ich mieszkania. Panowie sprawdzili „data” w zeszycie. Zajęło im to kilka minut. Mniejszy, starszy ochroniarz zdjął okulary i powiedział, że „Się nie zgadza”.

      -       Co się nie zgadza?

      -       Dane się nie zgadzają. Pod siedemnastką nie mieszkają ci państwo.

      Zgrabnie wyjąłem swojego smartphone’a, wcisnąłem „ostatnie”, wcisnąłem numer, zapytałem o adres.

      -       Ma pan rację, oni mieszkają pod 19 – powiedziałem.

      -       Za późno – wtrącił się młodszy, większy.

      -       Za późno, na co? – musiałem brzmieć jak debil.

      Młodszy się usztywnił, starszy zabrał się za kontynuowanie rozmowy.

      -       Podał zły adres. Nie możemy wpuścić, bo dane się nie zgadzają. A jak pan nie ma tam żadnych znajomych, tylko chce wtargnąć?

      Młodszy zrobił oczy, mówiące „Właśnie, a jak tylko chce wtargnąć?”.

      Powiedziałem, że to chyba żart, że mogą do nich zadzwonić, a poza tym to i tak wejdę, a jak będą mi przeszkadzali, to wezwę policję.

      Jak młodszy się wkurwił... Jak zapienił... Jak piana na pysk mu wyskoczyła... Jak zadzwonił na centralę, krzycząc INTERWENCJA! Ale ja też byłem szybki. Zadzwoniłem na 112 i krzyczałem policjantce, że jacyś kibole staruszkę biją.

      Młodszy to usłyszał. Zdążyłem tylko odłożyć telefon, a ochroniarz jednym kopniakiem w klatkę powalił mnie na ziemię. Zaryłem nosem o beton. Ale nie czułem nic poza jego 30 kilowym kolanem wbijającym się w moje plecy. Kilkanaście sekund później pod osiedle podjechała Yaris z napisem PATROL. Dwóch ochroniarzy chwyciło mnie pod pachy. Sekundę później wylądowałem w środku samochodu Patrolowego. Wydarzenia dnia plus słaby kebab stworzyły mieszankę wybuchową. Nagle rzygnąłem. Zarzygałem plecy ochroniarzowi. Gdy skończyłem z plecami, zarzygałem całą tylną kanapę Yaris. Potem zarzygałem drzwi i szybę. Potem zarzuciło mnie tak, że zarzygałem też fotel kierowcy.

      Rzygając zastanawiałem się, dlaczego na miłość boską, ochroniarze bezkarnie pozwalają mi rzygać? Czyżby chcieli mnie zabić dopiero gdy skończę infekować ich samochód? Żeby sprawdzić, co się dzieje, musiałem opuścić szybę – taka była zarzygana. A tam zobaczyłem policjantów zatrzymujących wzrokiem ochroniarzy. Policjanci śmieli się, że ho ho. Myślę, że to ich najlepsza zemsta za to, że młotki zarabiają od nich więcej.

      Chwilę później pod ochroną policji wszedłem do znajomych. Musiałem pożyczyć bluzę i jeansy. Piło się wyśmienicie. Nastukałem się jak szpadel. Mimo to, gdy nadeszła godzina powrotu, zamiast bramą wyszedłem dziurą w płocie. Przecież chłopaki musieli tego Yarisa wysprzątać i na pewno wrócili na Wyspową, żeby znaleźć tego, który im to zafundował. Mnie już nie było. Ciekawe na którym drzewie chłopaki się wyżyli.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „KOCHAM OCHRONIARZY. I UMIEM TO OKAZAĆ.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 października 2011 16:14