CHŁOPAK Z SUWAŁK W WARSZAWSKIEJ AGENCJI REKLAMOWEJ

Na Warszawę, korporacje i ludzi w garniturach można narzekać. Można też ich kochać. Albo można na im się przyglądać. W gumiakach na nogach.

Wpisy

  • poniedziałek, 17 października 2011
  • poniedziałek, 03 października 2011
    • STARY DOBRY MIKO

      Kilka dni temu miałem prezentację u naszego mniejszego klienta. W briefie stało jak wół że w związku z tym, że jest mniejszy, ma mniejsze pieniądze na media, musi się wyróżnić. Kampania ma być świąteczna. Wszystko jasne.

      Pojechaliśmy we czwórkę – client service director, wyższy rangą account, strateg średniego szczebla i ja. W taksówce powiedziano mi, że mam zaprezentować, a potem mam siedzieć cicho. OK, pomyślałem.

      Winda. Recepcja. Sala konf. Trzy capuccino i jedno ekspresso, jak powidział account wyższego szczebla. Po chwili przyszedł klient w okularach i klientka w czymś, co kiedyś nazywało się garsonką.

      Klient był wyraźnie podniecony. Ja też. Strateg zrobił taki wstęp, że pozostało mi tylko opowiedzieć 2 historie. Więc opowiedziałem.

      -       Fajne, fajne – usłyszałem od klientki.

      -       Ale czy jest wystarczająco świąteczne? – zczelendżował wypowiedź koleżanki klient.

      -       Też się zastanawiałam...

      Wszyscy spojrzeli na client service directora. Pomyślałem, że chciałbym, żeby ktoś kiedyś z taką nadzieją spojrzał na mnie.

      -       Czyli te bombki, to dla was za mało?

      -       Bombki są ok. Ale bombki nie są ekskluzywnie świąteczne... – rzucił w powietrze klient.

      -       Nie? – wypaliłem.

      Klops. Zapadła cisza, która trwała i trwała, jakby wszyscy chcieli nią odkazić powietrze po moim nieroztropnym odezwaniu się.

      -       A więc, jak już mówiłem, bombki są ok. Ale to za mało. Brakuje mi prawdziwego dawania prezentów.

      -       Tylko kto mógłby dać te prezenty? – rzucił strateg.

      Wszyscy ściągnęli brwi. Wziąłem łyka capuccino. Klientka postanowiła wrócić do źródła problemu:

      -       Jakie jest nasze osadzenie strategiczne? 

      -       „Dajemy prezenty jak nikt inny” – zacytował client service director.

      -       Ale prezenty daje Mikołaj.

      -       Prezenty daje Mikołaj, ale tym razem dajemy je my.

      -       To jest insight?

      -       Nie to creative approach.

      -       A jaki jest insight?

      -       Że „Ludzie na święta są przyzwyczajeni do wyjątkowych prezentów. Nie możemy ich zawieźć”.

      -       A gdzie w tym wszystkim jest Mikołaj?

      -       My jesteśmy metaforą Mikołaja – odpowiedział strateg.

      Tamto to nie był klops. Użycie słowa „metafora” to dopiero był klops. Większość zbladła. Klient zamknął oczy i odchylił się mocniej na krześle. Coś czuję, że taki wybieg pobudza krążenie.

      -       Nie róbmy z tego sztuki, błagam.

      -       Chyba trochę popłynęliście – wtórowała klientowi klientka.

      -       To jest reklama. Mówmy wprost. Ludzie nie chcą się zastanawiać przy naszej reklamie.

      Widziałem powoli pojawiającą się na twarzy Client Service Directora REFLEKSJĘ. Ucieszyłem się. Przecież nadszedł najwyższy czas, by na odsiecz przyszedł nam zdrowy rozsądek.

      -       OK. Wrócimy do agencji i przemyślimy sprawę. Jeśli dobrze rozumiem, naszym challengem jest dookreślenie relacji my – Mikołaj.

      Wszyscy się uśmiechnęli. Winda, TAXI, winda. Gdy mój art dir zapytał:

      -  Jak Miko?

      Odpowiedziałem mu:

      -       Zajebiście.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „STARY DOBRY MIKO”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 października 2011 12:45
  • poniedziałek, 19 września 2011
    • CO TAKI DRIVER JAK GOSSLING UKRYWA POD RĘKAWICZKAMI?

      Niby mam dość tych wszystkich imienin, ciotek, wujków i porad rodziców, ale ciągnie mnie do domu. Może przez doła, który trwa już dobry miesiąc? MOże przez Małgośkę, która bardzo elegancko podziękowała mi za 4 lata przytulania i zostawiła mnie?

      A więc byłem w ten weekend w Suwałkach. Pojechałem odpocząć, a załapałem się na wykopki u babci.

      W sobotę o świcie wsiedliśmy w Audi 80 ojca i pojechaliśmy 22 km na północ. Silnik mruczał dokładnie tak, jak Mustang w filmie DRIVE w scenie napadu. Podobieństw jest zresztą więcej, bo obok mnie siedziała mama, która jest ruda – tak samo jak nijaka Blanche grana przez Christinę Hendricks.

      Generalnie wykopki poszły dobrze. Pole nieduże, pogoda ładna. W połowie była śmieszna scenka, bo ktoś wykopał stary garnek. Skąd garnek tu, na polu? Babcia się zaśmiała. Dziadek mniej. Okazało się, że na wiosnę dziadek chciał iść „pomóc Grzybowskiemu przy traktorze”. Babcia dokładnie wie, że oznacza to ni mniej ni więcej, tylko CHLANIE. Nie pozwoliła mu. Dziadek założył gumowce i poszedł. Babcia wybiegła z garnkiem w dłoni i rzuciła nim na oślep. Rozbiła mu głowę. Powinny być 3 szwy. Ale nie było. Kto na wsi będzie jechał 10 km, żeby założyć tylko 3 szwy?

      W trakcie grzebania gołymi rękami w ziemi chciałem pomyśleć o czymś poważnym. Filozoficznym. Na przykład, że życie biegnie niewiadomo w którym kierunku. Albo, że jesteśmy nie tacy, jacy być chcielibyśmy. Próbowałem, ale mi nie wychodziło. Nie miałem żadnych spostrzeżeń, przemyśleń, ani wniosków. Poza czernią za paznokciami. Ale to chyba żaden wniosek.

      W niedzielę wsiadłem do PKS. Siedząc w fotelu, kończyłem czyścić zapałką swoje brudne paznokcie. Wydłubywałem kolejne grudki czarnoziemu, gdy kierowca włączył silnik. Powiedziałem pod nosem Drive... i od razu zrozumiałem, dlaczego Gossling prowadzi Mustanga w rękawiczkach.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „CO TAKI DRIVER JAK GOSSLING UKRYWA POD RĘKAWICZKAMI?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 września 2011 10:15
  • wtorek, 06 września 2011
    • PKPwAR DO CHOLERY!

      Spędziłem weekend u rodziny i poza tym, że poobrażałem wszystkich dookoła (taki się robię na moment po powrocie na stare śmieci) oraz że moja Małgośka wspomniała w kinie (jakby to było dobre miejsce na takie wyznania), że jest zmęczona stolicą i powoli myśli o powrocie do Suwałk, to nic specjalnego się nie wydarzyło. O osobistych problemach nie chcę pisać, bo nie jestem tranwescytą (czy ekshibicjonistą? – jestem z Suwałk nie widzę specjalnej różnicy).

      I przez to oraz kilka dziwnych drobnych wydarzeń w pracy mam Pierwszy Kryzys Pracy w Agencji Reklamowej (PKPwAR).

      Z Gośką od jakiegoś czasu się nie kleiło. Jak ja wracałem, to ona zapieprzała. Jak ja coś kończyłem do późna, to ona była wolna. Powiem banał, ale ktoś w końcu musi go powiedzieć: w tej stolicy strasznie łatwo jest się minąć dwóm ludziom. Najgorsze jest to, że nie w sensie metaforycznym. Ludzie mijają się dosłownie. Ona wychodziła do roboty, ja wracałem.

      Ale w pracy kryzysu nic nie zapowiadało. Mieliśmy jakąś tam sesyjkę, jakiś shoot się szykuje. Fajny conf call z reżyserem (szykuje się do fabyły, jebany). Co prawda ktoś na wyjeździe firmowym wspomniał (do wyjazdu jeszcze kiedyś wrócę, ale najpierw muszę go przetrawić na litość), że powinienem najpierw przejść normalną drabinkę: robótka w małej słabej agencji, potem btl w dużej, potem... I tu gościu dostał w pysk. Rano udałem że nic nie pamiętam i jest git.

      Ciekawe ile mój PKPwAR będzie trwał. Nie mam dużo kasy na alkohol, więc lepiej niech szybko się skończy.

      Ze znanych mi osobiście osób tylko Sean ma porządną kasę. On PKPwAR może mieć non stop.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 września 2011 09:36
  • poniedziałek, 29 sierpnia 2011
    • RANNY PORANEK

      Niby śmietanka, ludzie bywający w świecie, znający języki, wykształceni i wychowani. Biura w najlepszych biurowcach, albo eleganckich willach. Ochrona, recepcja, cuda niewidy. A jak się wejdzie do toalety, to widać, że niewiele osób wie, co to szczotka do kibla. Gdybym był prezesem, to bym napisał maila na “all”, że tak być nie powinno! No, chyba, że sam prezes nauczony jest, że ktoś po nim zawsze sprząta. Zawsze.

      Ale najgorsze jest to, że tego typu szczegóły skutecznie zabijają urodę nawet najpiękniejszego poranka. Nawet takiego jak dziś.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 sierpnia 2011 09:34
  • wtorek, 16 sierpnia 2011
    • WSKAKUJESZ NA ROWER I JEDZIESZ. ALBO NIE.

      W zeszłym tygodniu pracowałem ze swoim art dir (on współpracował, przyznaję, nawet kilka śmiesznych gagów wymyślił) nad skryptami dla jednego z naszych klientów. Miały być zabawne. Ni mniej ni więcej, taki był brief: opakujcie produkt w zabawną historię. Więc ciężko myśleliśmy nad historiami i po kilku bolących porodach czuliśmy, że mamy TO. Jest śmiesznie. Raz głupio, raz mądrze, raz abstrakcyjnie.

      Gdy weszliśmy do pokoju dyr kreatywnego, siedział skulony przy biurku z miną „boli mnie trzustka” i czarnym mazakiem rysował czarne ufoludki z wodogłowiem. Gdy opowiedzieliśmy nasze historie, zmrużył oczy i po chwili odezwał się:

      -       Przeczytajcie jeszcze raz trzeci skrypt. Wyłączyłem się na chwilę.

      Przeczytałem jeszcze raz i jeszcze i jeszcze.

      -       Nie rozumiem – odpowiedział.

      Ten trzeci skrypt miał dowcip abstrakcyjny. Tego się nie rozumie. To się czuje. Albo nie. To tak, jakby ktoś powiedział, że nie rozumie "kopytka". Siedząc ze łzami w oczach przy biurku i zastanawiając się nad sensem pisania śmiesznych skryptów dla smutnego dyr kreat, przypomniałem sobie historię, którą słyszałem z dwóch niezależnych źródeł pochodzenia lekarskiego. Historia oczywiście jest z Suwałk.

      Kolega kolegi zaczyna pracę w szpitalu. Jest na praktykach, jeździ w karetce. Pewnej pięknej nocy dostają wezwanie do mężczyzny z objawami zawału. Pędzą na sygnale kilkanaście kilometrów poza Suwałki. Ponieważ kierowca ma problem ze znalezieniem domu, na jednym z leśnych skrzyżowań czeka facet na rowerze, który ma ich doprowadzić do chorego. Jadą za facetem kilka kilometrów. Przez las. Przez wzgórza. Przez noc. Dojeżdżają do gospodarstwa. Wybiegają z karetki. Lekarz pyta rowerzystę:

      -       Gdzie jest chory?

      Rowerzysta odkłada rower na bok i odpowiada:

      -       To ja.


      Przypominając sobie tą historię, pomyślałem sobie, że może nie jestem z Suwałk. Ludzie stamtąd nawet mając zawał, wsiadają na rower i jadą przed siebie. Ja po kilku spotkaniach z „kluczowymi osobami” z mojej agencji mam wrażenie, jakby ktoś spuścił mi powietrze z opon. Najchętniej odłożyłbym ten rower na bok i pojechał PKS-em. W przeciwnym kierunku.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 sierpnia 2011 16:00
  • poniedziałek, 08 sierpnia 2011
  • piątek, 29 lipca 2011
    • W GUŚCIE

      Autorzy artykułu piszą, że wypchane zwierzęta (http://deser.pl/deser/51,111858,9940928.html?i=1) są w "fatalnym guście".

      Chcę głośno i wyraźnie powiedzieć: BZDURA! Świstak-kowboj jest piękny.

      Z wypchanymi zwierzętami jest tak jak z dowcipami o Żydach - wszystkim się podobają, ale gdy ktoś je widzi/słyszy w Towarzystwie, padają słowa pełne oburzenia.

      To się nazywa hipokryzja.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      young_creative
      Czas publikacji:
      piątek, 29 lipca 2011 09:50
  • poniedziałek, 25 lipca 2011